piątek, 22 marca 2013



                    To mówi Pan: "Oto mój Sługa, którego podtrzymuję. 
                            Wybrany mój, w którym mam upodobanie. 
                     Sprawiłem, że Duch mój na Nim spoczął" (Iz 42, 1)

               Wprawdzie słowa tego proroctwa odnoszą się bezpośrednio do Jezusa, w którym wypełniły się w sposób doskonały, ale w kontekście wczorajszej uroczystości bierzmowania moich uczniów skojarzenia są jednoznaczne...
Wielu świadków tego wydarzenia patrzyło na osiemdziesięcioosobową grupę naszej młodzieży, która pochylała swe głowy przed biskupem Zbigniewem jak pokorny sługa. A niektórzy z dorosłych wzdychali: "żeby oni wszędzie tacy byli ... jak aniołki... aż miło popatrzeć..."
A co na to "moje aniołki"? 
                     Do jednego z nich na dzisiejszej katechezie mocniej dotarła prawda, "że Duch mój na Nim spoczął"...(Iz 42,1c)
 tak, że głośno wyraził zadziwienie wobec Bożej hojności: "to ja samego Ducha Świętego otrzymałem?"... i głęboko zadumał się nad tą rzeczywistością...
         Myślę, że niejednemu  z nas przydałaby się taka refleksja, bez względu na to, czy był bierzmowany, czy jeszcze nie. Pan mówi, ni mniej ni więcej, tylko dokładnie takie słowa: "Wybrany mój, w którym mam upodobanie". (Iz 42,1b)

Przyznaj się w duchu; identyfikujesz się z tymi określeniami? 

Czujesz się WYBRANY? 

Naprawdę wierzysz w to, że BÓG MA W TOBIE UPODOBANIE?

A może myślisz, że to "lekka przesada"?

Tak, rzeczywiście Bóg jak coś robi, to najczęściej "na maksa", a to oznacza, że również z tym wybraniem i upodobaniem "idzie na całość"...

I kto może dorównać Bogu w miłości??? 

                     Teraz, w okresie Wielkiego Postu mieliśmy okazję częściej spoglądać w kierunku krzyża, gdzie spotykamy widoczny dowód tej "Boskiej przesady" w miłowaniu człowieka - 

DO KOŃCA, DO ŚMIERCI, DO POHAŃBIENIA I UPOKORZENIA...

Czy jeszcze masz wątpliwości???????  
Ja - NIE!

JESTEŚMY WYBRANI I UMIŁOWANI:   TY.... - I JA.... zgodnie z tym, co napisał św. Paweł: "Jako wybrańcy Boży - święci i umiłowani obleczcie się w serdeczne miłosierdzie, dobroć, pokorę, cichość, cierpliwość". (Kol 3,12)
                Jak widzicie, wybranie to nie tylko zaszczyt, ale i ZOBOWIĄZANIE..., które ma się wyrazić w wymienionych tu cnotach wobec tych, których nam Pan Bóg na co dzień "zadaje". Ale nie tylko zadaje, bo już na samym wstępie cytowanego proroctwa Izajasza otrzymujemy zapewnienie, że przede wszystkim PODTRZYMUJE
Jest tylko jeden problem: CZY TY W TO WIERZYSZ?
           Czy wierzysz w to, że Cię Pan podtrzymuje, czy może sam się szarpiesz od świtu do nocy (albo do świtu), zdany na własne słabnące siły i może nawet już nie masz kiedy pomyśleć, że Jezus obiecał wyraźnie:
 "Ja was pokrzepię" (Mt 11,28), no i ten werset z proroka Izajasza:  
"Oto mój Sługa, którego podtrzymuję." (Iz 42,1a)
           Może już czas najwyższy zamienić szemranie typu: "za jakie grzechy ja tak się morduję", na bardziej optymistyczną wersję, chociażby:  
"Wybrałem cię sobie, zanim cię utworzyłem w łonie matki" (Jr 1,5a)

 Poddaj się temu Słowu i UWIERZ zgodnie z tym, co napisano:  

"TO MÓWI PAN": "W TOBIE MAM UPODOBANIE" (Mk 1,11)

niedziela, 24 lutego 2013


"Mistrzu, dobrze, że tu jesteśmy." 
                                                          Łk 9,33

          Te słowa na Górze Tabor wypowiedział w popłochu Piotr, którego totalnie zaskoczyła niezwykła scena z przemienionym Jezusem w roli głównej... Przecież gdy trzej Apostołowie ucinali sobie drzemkę, ich Mistrz zwyczajnie poszedł się modlić. Ale gdy się ocknęli, mieli wrażenie, że są w nieziemskiej rzeczywistości. Można by powiedzieć, że kładli się spać na ziemi, a obudzili się w niebie... (pewnie mieli "pietra", że to już po drugiej stronie życia -:) 
Ale widać już na pierwszy rzut oka spodobało się im, bo chęć zbudowania tam namiotów sugeruje, że nie myśleli o powrocie do szarej rzeczywistości, jaka czekała ich u podnóża Taboru. 
Cóż więc niezwykłego zobaczyli ci trzej uczniowie 
na wysokiej górze?
          Otóż właśnie przynajmniej przez chwilę mogli doświadczyć chwały nieba. Nawet Jezus, którego przecież mieli na co dzień, tym razem wyglądał inaczej,      a z przekazu Ewangelisty wynika, że imponująco... 
Dla nas to cenna informacja, bo czasem może zastanawiamy się jak to tam będzie po tej drugiej stronie, a gimnazjaliści najbardziej się martwią co w tym niebie będą całą wieczność robić (żeby choć tam się modlić nie kazali...-:( ,....         a może trzeba będzie jakieś nudne pieśni śpiewać... przejmują się inni.
Widzicie, że na to odpowiedź już mamy:  
PO PROSTU PEŁNY ZACHWYT...  
a więc możecie z ulgą odetchnąć, bo nuda wykluczona -:)
        Ale zastanówmy się teraz, po co Jezus zafundował Apostołom tę krótką "wycieczkę do nieba"?
        Z kontekstu Ewangelii wynika, że było to po zapowiedzi Jego męki, która w niedługim już czasie miała nastąpić. Mądry Nauczyciel zna swoich uczniów "na wylot"... Wie, że czeka ich niesamowicie ciężka próba wiary. Bo łatwo jest iść za zwycięskim Panem, który objawia niezwykłą moc Bożą w cudownych zdarzeniach. Fajnie jest mieć takiego Mesjasza, który uzdrawia na miejscu, rozmnaża chleb i do chleba, gdy głód w kiszkach "marsza gra", ucisza szalejącą wichurę na morzu, żeby bezpiecznie można było dopłynąć do brzegu, a nawet wskrzesza umarłych, kiedy ich bliscy zbyt cierpią z powodu nagłego rozstania. 
Ale GODZINA JEZUSA nieuchronnie się zbliża... Jezus to wie i nawet dzieli się tym z najbliższymi uczniami. Jednak uczniowie, jak to bywa z uczniami (pewnie jutro po feriach też tak będzie m.in. w woj. lubelskim), "nie czają" o co w ogóle chodzi... jakieś cierpienie, męka, śmierć??? Nie..., nie..., nie może to być... Piotr przecież w pewnym momencie żywo zaprzecza: "nie przyjdzie to nigdy na Ciebie!" (Mt 16,22b)
            Nikomu z nich w głowie nie może się zmieścić taki scenariusz wydarzeń.    Pewnie po cichu każdy już sobie wyobrażał, jak to ich Cudotwórca rozprawi sie z ewentualnymi wrogami... 
Jednak Jezus na "TĘ GODZINĘ PRZYSZEDŁ" (por.J12,27b)
o której potem powie "WYKONAŁO SIĘ"...(J 19,30)
Dlatego trzeba wziąć uczniów na Górę Wysoką i zapewnić im takie "doładowanie" wewnętrzne, żeby nie myśleli, że nie ma nic po tamtej stronie,       a Jezus, który "tak się nieźle zapowiadał", a dał się w końcu zabić jest jednak Bogiem, który okaże się zwycięski wtedy, gdy przyjdzie na to czas...
A teraz my zróbmy sobie wycieczkę do naszego życia... 
Jak to wygląda w Twojej historii?
Pewnie nie raz Cię już Pan Bóg zachwycił jakimś extra wydarzeniem, które tak chciałeś(aś) zatrzymać na dłużej (a może nawet na zawsze)? Każdy z nas ma zapewne swoje wspomnienia, o których się mówi, że "było jak w raju"... 
Dziś Chrystus chce Ci powiedzieć, że TO BYŁA TWOJA GÓRA TABOR, po której wróciła nie tylko szara rzeczywistość, ale co gorsza, przyszło też zmierzyć się z bólem, cierpieniem, a może wewnętrzną udręką, której końca nie widać...
Nie musisz więc panikować, albo zamartwiać się wiecznie, że chyba Cię Bóg opuścił, albo już Cię nie lubi... a może Go wcale nie ma... (bo i takie głosy zwątpienia da się słyszeć obecnie coraz częściej). 
Taka jest właśnie droga chrześcijanina, bo Jezus nie obiecywał wcale, że będzie lekko. Wręcz odwrotnie, Jego Słowa nie dają nam złudzeń:  
"Kto chce iść za Mną (..), niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje" (Łk 9,23)
 
Po to nas "WYPROWADZA NA GÓRĘ TABOR", 
abyśmy umocnieni Jego Boską Obecnością 
TRWALI RÓWNIEŻ "NA KALWARII".
 
Dlatego gdy będzie Ci trudno, gdy Twoja wiara będzie wystawiona na próbę cierpienia i samotności, PRZYPOMNIJ SOBIE TE CHWILE Z TABORU!!! 
Przywołaj całą otoczkę nastroju, jaki ci wtedy towarzyszył i czerp siły do pokonania pokusy zwątpienia... Przypomnij sobie dzisiejszą Ewangelię i pomyśl, że jednak uczniowie WIDZIELI JEZUSA W CHWALE BOŻEJ. 
 
 I Ty Go tak kiedyś zobaczysz, zgodnie z tym, co powiedział Pan w Ewangelii: "Kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony" (Mt 10,22)

Mam taką nadzieję, że kiedyś spotkamy się już na zawsze w tym "GÓRNYM TABORZE" i wspólnie powiemy: 
"DOBRZE, ŻE TU JESTEŚMY!!!!" 
Co daj Boże. Amen.

sobota, 26 stycznia 2013

"Albowiem nie dał nam Bóg ducha bojaźni, 
ale mocy i miłości, i trzeźwego myślenia.
Nie wstydź się zatem świadectwa Pana naszego(...) 
lecz weź udział w trudach i przeciwnościach znoszonych dla Ewangelii według mocy Boga!"
                                                                                                           2Tm 1,7-8

         I to się nazywa prawdziwa "wyprawka", jaką uczeń otrzymuje od swego Mistrza!...
Dobrze, że Kościół przechował ją dla potomnych, abyśmy i my mogli zaczerpnąć zdrowej nauki we współczesnym "plastikowym" świecie...
Apostoł Paweł nie bawi się w konwenanse, ale sam z mocą głosi Słowo niejednokrotnie narażając swoje życie i to samo poleca swym uczniom...., 
a zatem również Tobie i mnie...
Na jakiej podstawie? - zapytasz. 
       Odpowiedź jest naprawdę jednoznaczna: sam Bóg daje nam ducha mocy i miłości, i trzeźwego myślenia (por. 2Tm 1,7), dlatego nie musisz się lękać i popadać w kompleksy wobec ludzi, którzy manifestują "wartości" wątpliwej jakości (typu "kochać inaczej" na przykład)
         MOC jednak nie oznacza przemocy, a tym bardziej chamstwa... Zwróćmy uwagę, że Słowo Boże wiąże ją nierozdzielnie z MIŁOŚCIĄ  i TRZEŹWYM MYŚLENIEM. To znaczy, że ci człowieku nie wolno wyłączyć zarówno serca, jak i rozumu. Twoja moc ma wypływać z Ducha Bożego - a Ten emanuje zarówno wielką miłością, jak i niezrównaną mądrością.
Jeśli posiądziesz takie wyposażenie, możesz śmiało "wziąć udział w trudach i przeciwnościach"... A tych naprawdę nie brakuje; poczynając od zwykłych ludzkich ograniczeń i zahamowań, które w sobie zauważamy, poprzez trudności, na jakie napotykamy ze strony otoczenia, nie mówiąc już o ciągłych zabiegach Złego, który ma dosyć duże spektrum pomysłów na to, jak nam skutecznie "uatrakcyjnić" spokojny żywot.
         Ileż to mocy trzeba mieć zatem codziennie, aby to wszystko pokonać? Ile cierpliwej miłości do bliźnich?..., ba nawet do siebie samego, aby móc następnego dnia  spojrzeć przyjaźnie na swe lustrzane odbicie podczas porannej toalety... A jakiej mocy potrzeba, aby zachować trzeźwe myślenie? (a może w ogóle myślenie, bo jak się okazuje, niektórym wyłącza się czasem ta funkcja, nie mówiąc już o trzeźwości -:))  
A po co to wszystko??? 
- DLA EWANGELII. 
Tak. Moje i Twoje życie ma być kolejnym i to bardzo czytelnym przekładem tej Dobrej Nowiny dla wszystkich, że Jezus przyszedł i pokonał ten zwariowany świat, który chce Ci nawkręcać, 
że już nie opłaca się wierzyć, bo "katol to frajer", 
że nie opłaca się kochać, bo... (nie chcę cytować niezbyt cywilizowanych wyrażeń, więc powiedzmy oględnie) epoka romantyzmu już się skończyła 
i że nie warto się poświęcać, bo obowiązuje powszechna zasada liczenia zysków i strat.
       A Bóg przez św. Pawła Cię upomina: 
"Nie wstydź się świadectwa Pana naszego"
       O świadkach pisałam już w grudniu, to się nie będę powtarzać, by dociekliwym komentatorom nie dawać powodów do podniesienia ciśnienia, dodam tu tylko za autorem Listu do Tymoteusza, że 
"nie dał nam Bóg ducha bojaźni"...

Pomyśl w tym miejscu: CZEGO LUB KOGO SIĘ BOISZ?
  
Bo inny fragment biblijny mówi:
 "Lecz mówię wam, przyjaciołom moim: Nie bójcie się tych, którzy zabijają ciało, a potem nic więcej uczynić nie mogą"
a następnie: 
"w miłości nie ma lęku" 1J 4,18a
Moc, którą obiecał Ci Pan jest Mocą z Wysoka, a to jest 
MOC OBLECZONA W MIŁOŚĆ
dlatego naprawdę możesz śmiało zaśpiewać wspólnie np. z Deus Meus KOCHAM WIĘC NIE MUSZĘ SIĘ BAĆ!!! 
I na koniec: 
"Dobrego depozytu strzeż z pomocą Ducha Świętego,
 który w nas mieszka"                    2Tm 1,14

czwartek, 27 grudnia 2012


         To wam oznajmiamy, (...) co ujrzeliśmy własnymi oczami, na co patrzyliśmy i czego dotykały nasze ręce - bo życie objawiło się. Myśmy je widzieli, o nim świadczymy i głosimy wam życie wieczne,(...)abyście i wy mieli współuczestnictwo      z nami(...). Piszemy to w tym celu, aby nasza radość była pełna.                                                                     (1J1,1-4)

            Święty Jan Apostoł to autentyczny świadek Chrystusa, który widział           i podziwiał Jego czyny. Jednak ten Apostoł, nie wahający się pisać o sobie jako Umiłowanym Uczniu Pańskim, wyraźnie daje świadectwo głębi tego spojrzenia.               On widzi w Jezusie ŻYCIE WIECZNE, które ma swoje źródło w Ojcu,      "a nam zostało objawione".
        Żyjemy w dobie kryzysu, ale nie tylko tego, o którym głośno w mediach gdy specjaliści od finansów wszczynają alarm i debatują o niebezpiecznych spadkach na światowych giełdach. Coraz częściej baczni obserwatorowie życia publicznego wypowiadają się na temat, nazwijmy to "duchowego krachu", jakim jest upadek wartości i tzw. autorytetów.
       Powiedzmy sobie szczerze: skończyły się czasy, kiedy z szacunkiem odnoszono się do ludzi piastujących jakieś stanowisko bądź poważany 
w społeczeństwie zawód. W dobie powszechnej krytyczności (żeby nie powiedzieć krytykanctwa) i wzmożonego zapotrzebowania na uczciwość, coś takiego jak autorytet z urzędu  po prostu nie istnieje... 
       W dyskusjach z młodzieżą, która bacznie obserwuje te zmagania w świecie dorosłych, można wyczuć tęsknotę za TAKIMI AUTORYTETAMI, których zamiennie można by spokojnie nazywać ŚWIADKAMI.                      

Kto zatem jest ŚWIADKIEM?  
            Na pewno ten, który sam czegoś doświadczył i potrafi się tym podzielić      z innymi...     Jak św. Jan Apostoł niosący w sobie pragnienie, abyś i Ty miał      "z nami współuczestnictwo".
        Ludzie w tym zwariowanym świecie pogoni za przeróżnymi "błyskotkami" doświadczają wielu rzeczy i coraz częściej niestety chlubią się tym, "czego winni się wstydzić", jak mówi św. Paweł w Liście do Filipian (3,19), gdyż ich dążenia są przyziemne. Oni to właśnie stają się świadkami (o zgrozo!) raczej swego upadku, a nie wartości i Prawdy, za którą tęskni każdy człowiek w głębi swego serca. Ile fałszywej dumy w popisach współczesnych gorszycieli, którzy próbują budować swoje znaczenie hołdując niby awangardowej zasadzie "im gorzej, tym lepiej" i  prześcigają się w coraz to bardziej obleśnych pomysłach na popularność za wszelką cenę...
              Gdy jednak uklękniesz przy Żłóbku niewinnego,  bezbronnego Dzieciątka      i pozwolisz sobie na odrobinę ciszy  w nastroju mijających już świąt Bożego Narodzenia, to chyba przyznasz, że nie za takimi współczesnymi świadkami tęskni od dawna Twoje znękane serce... 
Czego zatem naprawdę potrzebujesz??? 
          Czy chwilowego zadowolenia z czegoś, co i tak nie zdołało nasycić do końca, a o czym może nawet mówiłeś, że BYŁO FAJNIE...?
              A może czas wreszcie zerwać z powszechną przeciętnością                   i zdecydowanie porzucić to, co tylko fajne, aby jak pisze św. Jan           
"NASZA RADOŚĆ BYŁA PEŁNA"?
Tu właśnie łączą się dwa zagadnienia: ŚWIADECTWA i RADOŚCI. 
Bo ten, kto jest świadkiem Chrystusa jest jednocześnie nosicielem radości. 
Z kolei autentyczna radość stanowi niezaprzeczalne świadectwo głębokiej wiary.

      Ale jak to zrobić, żeby nasza radość nie była jedynie krótkodystansową wesołością, lub sztucznie przylepionym uśmiechem, gdy okoliczność tego wymaga? Jak ładować akumulatory radości, aby nie wyczerpywały się zbyt szybko w przymrozkach niechęci, albo co gorsza mrozach nienawiści?.... 
      Słowa Ewangelii są jednoznaczne: 
trzeba DOTKNĄĆ CHRYSTUSA... trzeba się Z NIM SPOTKAĆ. 
On jest dostępny jak na doskonałym komunikatorze - 24 godz. na dobę. Szukaj Go w Eucharystii, na modlitwie, w drugim człowieku i w głębi swego serca... 

       Współczesny świat pilnie potrzebuje ŚWIADKÓW!!! i to nie byle jakich, ale AUTENTYCZNYCH ŚWIADKÓW WIARY I MIŁOŚCI. Szukaj Chrystusa! Spotykaj się z Nim! Bądź jak Jan Jego umiłowanym uczniem! A potem nieś Go wszystkim spragnionym...żeby o nas mogli inni powiedzieć jak o pierwszych chrześcijanach: "Popatrzcie, jak oni się miłują" (Apologetyk Tertuliana) 
I koniecznie -  BĄDŹ ŚWIADKIEM RADOSNYM!!!

piątek, 30 listopada 2012

"Nabierzcie ducha i podnieście głowy, 
ponieważ zbliża się wasze odkupienie" Łk 21,28

          W kończącym się roku liturgicznym i nie tylko, bo również w czasie Adwentu jesteśmy wezwani do refleksji nad naszą gotowością na przyjście Pana.  Nie chodzi tu jedynie o przyjście, które kojarzymy z niepowtarzalną atmosferą świątecznego ciepła Bożego Narodzenia, ale zwłaszcza o to, którego ma dokonać Jezus na końcu czasów. Do tego przyjścia odnoszą się teksty biblijne, po przeczytaniu których wielu dostaje "gęsiej skórki"... No, bo chociażby
i fragment Ewangelii Łukasza przewidziany na I Niedzielę Adwentu w roku C:     "Jezus powiedział do swoich uczniów: Będą znaki na słońcu, księżycu 
i gwiazdach, a na ziemi trwoga narodów bezradnych wobec szumu morza 
i jego nawałnicy. Ludzie mdleć będą ze strachu, w oczekiwaniu wydarzeń zagrażających ziemi. Albowiem moce niebios zostaną wstrząśnięte. 
Wtedy ujrzą Syna Człowieczego, nadchodzącego w obłoku z wielką mocą 
i chwałą."                                                                                            Łk 21,25-27
Przyznacie, że mocny tekst. Niejeden może sobie pomyślał w kontekście tego Słowa: "to jednak nie przelewki, trzeba się nawrócić..."
          Bogu wcale nie chodzi o to, aby od czasu do czasu postawić do pionu swoje niesforne dzieci, które gdy tylko zapomną o strasznej bajce, znów powracają do pełnej beztroski zabawy. Nasz Ojciec przecież z miłością mówi nieco dalej w tej samej Ewangelii: "UWAŻAJCIE NA SIEBIE..."Łk 21,34a
Ludzie chętnie czytają różne sensacyjne przepowiednie dotyczące końca świata, a nawet mają pretensje do Pana Boga, że coś ukrywa przed nimi, tymczasem właśnie Biblia dosyć dokładnie oddaje klimat wydarzeń ostatecznych. 
Chwała Boga wiąże się z Jego majestatem i potęgą, której nic się nie oprze, 
ale jednocześnie Ten sam Bóg jest jak matka, ostrzegająca swoje dziecko 
przed mogącym mu zagrażać niebezpieczeństwem:

"CZUWAJCIE I MÓDLCIE SIĘ W KAŻDYM CZASIE, 
abyście MOGLI UNIKNĄĆ tego wszystkiego, co ma nastąpić"Łk 21,36
       
 Jasno wynika z tego tekstu, że nie każdy będzie się trwożył w dniu Paruzji.
Nasz Dobry Ojciec podpowiada nawet, że DA SIĘ TEGO UNIKNĄĆ!!! 
i stanąć przed Synem Człowieczym z inną miną -:) -:) -:)
       
          Nasuwa mi się tu super obrazek z ostatnich katechez w niewielkiej szkole podstawowej w Górce Kockiej, gdzie mam przyjemność uczyć w tym roku te rozbrajające dzieciaki. Otóż właśnie na lekcji religii, wprowadzając je w temat adwentowego oczekiwania zadałam pytanie: "Na co najbardziej czekacie?"
Nie ukrywam, że spodziewałam się standardowych odpowiedzi typu: "na Mikołaja, prezenty, może ewentualnie na powrót Taty z pracy, albo siostry z internatu..." Tymczasem? Niemalże jednogłośnie cała dziesiątka  uczniów zawołała:
" Na Pana Jezusa!!!" Myślę sobie: no dobrze, na religii to zawsze takie super tematyczne odpowiedzi, że to Pan Jezus, albo Matka Boska, a czasem
coś z modlitwą, albo chodzeniem do kościoła się wstrzeli i pasuje jak ulał.... Ciągnę wiec dalej rozpoczęty temat i chcąc ich zaskoczyć rzucam hasło:
"No dobrze! A gdyby tak teraz Jezus przyszedł, to co wy na to?"
Trzeba było widzieć ten ENTUZJAZM na zafascynowanych usłyszaną propozycją dziecięcych twarzyczkach!!! i słyszeć zachwycone ich głosy: "SUPER!,FAJNIE!" nie mogły usiedzieć spokojnie na miejscu... i dalej wykrzykiwały jedno przez drugie: "I ZABRAŁBY  NAS DO NIEBA!!! I JUŻ NA ZAWSZE BYŚMY TAM BYLI!!!
RAZEM!!!" 
           Stałam oczarowana tymi Pociechami i w duchu pomyślałam:
O tak kochane dzieci! Na taką wiarę i tęsknotę Jezus nie odpowiedziałby inaczej, jak tylko umieszczeniem was jak najbliżej Siebie...
I tu nasuwa mi się inny tekst z Ewangelii św.Łukasza:
"Czy Syn Człowieczy znajdzie wiarę na ziemi, gdy przyjdzie?"Łk 18,8         
W tych dziecięcych sercach z mojej katechezy w Górce TAK!!!
A W TWOIM SERCU........????? 
Sam sobie odpowiedz w szczerości i prawdzie przed Bogiem.
Jezus naprawdę nie chce, żebyśmy byli niemile zaskoczeni Jego przyjściem, dlatego słowa grozy, to nie są Jego ostatnie słowa. Spójrzmy na pełne nadziei zawołanie skierowane do tych, którzy chcą Go słuchać: 
"NABIERZCIE DUCHA I PODNIEŚCIE GŁOWY, PONIEWAŻ ZBLIŻA SIĘ WASZE ODKUPIENIE." Łk 21,28
        Jeżeli nasze serca nie będą ociężałe wskutek tego wszystkiego, o czym dalej mówi tekst Ewangelii Łukasza, a więc:  "obżarstwa, pijaństwa i trosk doczesnych" Łk 21,34b, już nie mówiąc o innych współczesnych zniewoleniach, to jest duża szansa, że w Dniu przyjścia Pana usłyszymy krzepiące słowa: "Pójdźcie błogosławieni Ojca mojego, weźcie w posiadanie Królestwo 
przygotowane wam od założenia świata." Mt 25,34. 
A więc? ......
"Gdy kiedyś Pan powróci znów - OBYŚMY TEŻ TAM BYLI!!!" ...........
i nie musieli dostawać "gęsiej skórki" -:) -:) -:)

piątek, 26 października 2012

"Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże bardzo pragnę, żeby on już zapłonął..."
                                                         /Łk 12,49/
W jesiennej aurze wzmożonego odczuwania chłodu, aż miło posłuchać o ogniu... Temat ten na najbliższe miesiące kojarzy nam się niezmiennie z ciepłem ogrzewającym domy, czy nasze mieszkania. Jednak doskonale wiemy, że nie o taki ogień chodzi Jezusowi mówiącemu te słowa. 
"Ten, który przenika serca" (Rz 6,27) widzi, że w wielu z nich już dawno wystygło ognisko Jego Miłości... Bo tu właśnie chodzi o Boży ogień, czyli o Ducha Świętego, który jest uosobioną Miłością Ojca i Syna, udzielającą się także Jego przybranym dzieciom.
     Czym zatem płoną nasze serca, które się wzięły z miłości i do niej są uzdolnione? Chyba nie trzeba się długo zastanawiać, by odpowiedzieć choć w części na to pytanie. Wystarczy popatrzeć na wzajemne relacje w rodzinie, szkole, pracy, czy tzw. sąsiedztwie i szybko dochodzimy do wniosku, że tak naprawdę, "każdy sobie rzepkę skrobie". I nawet już nie ma czasu albo siły, żeby przypatrzeć się sobie samemu, jak mi to wszystko wychodzi... A przecież czujemy z jaką troską Jezus tu mówi o swoim pragnieniu, by nasze serca płonęły Jego Miłością.
     Czym płonie moje serce? Czy umiem to w sobie rozpoznać? Bo teraz miłością nazywa się różne rzeczy, od zakochania począwszy, poprzez przeróżne formy skoncentrowania na sobie (pod pretekstem, że "przecież coś mi się w końcu od życia należy!"), aż do perfidnego żerowania na naiwności innych (zwłaszcza w kontaktach seksualnych). Co tak naprawdę zajmuje moje serce? Czy rzeczywiście MIŁOŚĆ?, czy może żądze, o których wspomina św. Jakub w Liście pasterskim (zazdrość, kłótnie, bezład i wszelki występek/por.Jk3,16-4,3/)? Właśnie te antywartości skutecznie przyczyniają się do wystudzenia naszych serc i to czasem aż do utraty sensu. 
    Jak to wyleczyć, spytacie? Człowiek znalazł już różne lekarstwa na grypę czy przeziębienie, a nawet szczepionki chroniące przed wirusami. Ale choroba bezsensu, to tak naprawdę infekcja serca wystudzonego   chronicznym brakiem prawdziwej miłości. I tutaj nie da się zaaplikować żadnego cudownego specyfiku dostępnego w najbliższej aptece bez recepty. 
    Na tę chorobę poradzić może JEDYNY KARDIOLOG, 
który naprawdę zna się na naszym sercu i jego dolegliwościach. 
"Bóg jest Miłością"/1J4,8/
Te słowa napisał św. Jan, który sam siebie nazywał umiłowanym uczniem Jezusa. On zaświadcza o tej Miłości, z którą się spotkał i która rozpaliła jego serce na całą wieczność. Św. Łukasz z kolei pisze: 
"Nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, którzy się źle mają".
                                                                                     /Łk 5,31/ 
       Czujesz się chory i wyziębiony wewnętrznie? Zapraszaj do swego serca Jezusa, który pragnie rozpalić je OGNIEM BOŻEJ MIŁOŚCI. Nie czekaj, aż Twoja pustka dojdzie do takich rozmiarów, że już Ci się nie zechce nic zrobić dla siebie. Bo jeśli jeszcze dziś siedzisz przed monitorem i czytasz tego posta, to znaczy, że szukasz lekarstwa na swoje stygnące??? serce... (z góry przepraszam tych, którzy jednak mają Boży ogień w sercu -:), a znam takich -:)

poniedziałek, 1 października 2012

"Uczniom Jezusa przyszła myśl, kto z nich jest największy" 
/Łk 9,46/
            Wierzcie mi, że nie mogłam się dzisiaj powstrzymać, aby nie odnieść się do tego Słowa, które tak bardzo odzwierciedla naszą ludzką rzeczywistość.           Bo czyż i nam nie przychodzi do głowy taka myśl?... Czy i nam nie chodzą po głowie (przynajmniej od czasu do czasu -:) takie marzenia o wielkości, wyjątkowości, czy wręcz górowaniu nad innymi? A jeśli nawet sami u siebie nie zauważamy takich tendencji (w co śmiem mocno wątpić), to na pewno spotkaliśmy się z ich przejawami (i to czasem bardzo dotkliwie) w swoim otoczeniu. Już tu widzę oczyma wyobraźni wszystkie kłótnie, docinki, ubliżanie, upokarzanie, poniżanie, drwiny i tym podobne zachowania, które mamy okazję oglądać w telewizji lub na żywo niemalże każdego dnia.
 I O CO W TYM WSZYSTKIM CHODZI??????
No właśnie.... O TO,.... KTO Z NICH JEST NAJWIĘKSZY!!!
             Na szczęście Jezus przychodzi nam z pomocą    (jak zwykle zresztą)    w rozwikłaniu tego dylematu. Co prawda Jego recepta na wielkość jest nieco szokująca, ale... chyba to nie nowość, że Bóg człowieka często zaskakuje, zgodnie z tym co zadeklarował w innym miejscu Biblii: "Bo jak niebiosa górują nad ziemią, tak drogi moje - nad waszymi drogami i myśli moje - nad myślami waszymi."/Iz55,9/
          Ale przeczytajmy tę "ewangeliczną receptę" Jezusa:
"Kto bowiem jest NAJMNIEJSZY wśród was wszystkich, 
TEN JEST WIELKI" 
Dobrze to zrozumiała i wprowadziła w życie między innymi św. Teresa od Dzieciątka Jezus, którą dziś wspominamy w liturgii. Właśnie ta święta pokazuje nam drogę dziecięctwa duchowego, jako najbardziej skuteczną i prostą w osiągnięciu najważniejszego celu, a więc trwałego szczęścia człowieka. Nazywa ją windą do nieba (zainteresowanych odsyłam do Dzieł św. Teresy z Lisieux).
         Jest tylko jeden problem; czy mamy na tyle zaufania do Boga i tyleż samo determinacji, żeby ten "lek z recepty Jezusa" zaaplikować do własnego życia?      No bo powiedzmy sobie szczerze, kto pragnie być NAJMNIEJSZY, czyli - stawiany na ostatnim miejscu, nie ubiegający się o tzw. "swoje", nie pragnący pokazać innym swojego znaczenia? itd. można by jeszcze wiele podobnych sytuacji tutaj wymienić.
Jak siebie samego przekonać i zmobilizować?
         Myślę, że z pomocą przychodzi nam właśnie sam Jezus i cały zastęp Jego naśladowców, czyli świętych, którzy tą samą drogą - DROGĄ UNIŻENIA I POKORY osiągnęli szczyty doskonałości. A więc odwagi!!! Mówię to do Was i do samej siebie, aby spełniły się w naszym życiu słowa Jezusa:
"Kto się uniża, będzie wywyższony" /Łk 18,14b/